sobota, 11 lipca 2015

Nerwy na polu walki na przykładzie starcia pod Rychwałem w maju 1863 roku

Oglądając filmy można sobie wyobrazić wojnę jako jatkę, gdzie po każdym niemal cięciu pada trup, a każda niemal kula jest celna. Tak oczywiście nie było. Dowodzą tego chociażby wspomnienia uczestnika walk powstania styczniowego na terenie Wielkopolski w 1863 roku – Pawła Wyskoty Zakrzewskiego, który służył w oddziale Edmunda Taczanowskiego. Najciekawszy pod tym względem wydaje się jego opis potyczki pod Rychwałem, stoczonej na początku maja. Zakrzewski został wysłany spod Rychwału w celu rozpędzenia Moskali konwojujących 2 wozy do Konina i przyprowadzenia tych wozów do obozu. Mjr Strzelecki, szef sztabu Taczanowskiego nakazał mu wziąć pluton kawalerii (25 koni) ale Zakrzewski wolał zebrać 15 ochotników z całego szwadronu (100 koni). Większość chętnych stanowili ludzie z dowodzonego przez niego plutonu, a już w drodze idący kłusem podjazd dogonił major Jaraczewski. Oddajmy teraz glos Zakrzewskiemu:
Patrzę przez szkła i widzę, że na szosie stoi 20 par dragonów-błuszczą ich muszkiety. Krzyknę więc: formuj się, lecz nie pewny jestem co robić, bo wozów dostrzec nie mogę. Ale Jaraczewski, jak ich dojrzał, zaraz marsz marsz na nich. Nie było już nad czem się zastanawiać, komenderuję więc: naprzód pędem, marsz.
Było od Moskali z 200 kroków. Dali do nad ognia, a potem w nogi. Nam nic się nie stało, dojechaliśmy ich na pierwszej wiorście[1]. Syrokomla, ten co proporzec nosił, przyłączył się także do nas. Był oczywiście bez lancy i sztandaru. Ów chłopiec pierwszy wpadł na dragonów. Jak łupnie na odlew pierwszego z brzegu, tak mu zaraz czaszkę od twarzy oddzielił. Jaraczewski przewiercił cały oddział moskiewski, szukając dowódcy. Ale gdzie tam, nie dogonił go.
Jak moi chłopcy zmieszają się z dragonami (choć prócz mnie i Jaraczewskiego było ich, pod słowem honoru, tylko 13-tu), jak zaczną rąbać, tak Moskale broń rzucają – Debandada kompletna. Ja gonię wachmistrza, co siedział na szpakowatym dońcu[2]. Dojeżdżam go i spuściwszy pałasz na temblak, chcę dragona za kark schwycić. Ten puszczając szaszkę odwraca się i pali mi z pistoletu prawie w twarz. Aż mi proch wąsy osmalił. Tak powiedzieć mogę boć strzelał o 1 ½ metra. Rozgniewałem się. Chwyciwszy za pałasz, pchnę nim mojego wachmistrza. Spadł z konia – myślałem, że go na wylot przebiłem, bom był chłop silny. Ze wstydem jednak przyznać muszę, że sztychem tym nie przedziurawiłem ma nawet szynela. Zajadę drugiego co podle mnie jechał. Jak tnę z rozmachem przez bermycę, spadł – ale też mu czapki nie przeciąłem. Tak to jest w gorącym boju. Zdaje się człowiekowi, że jest w stanie byka ściąć, a tu czasem ledwieby muchę zabił. Było tego wszystkiego nie dłużej jak kilkanaście minut. Na śmierć spadło 5, ciężko rannych 6, a 15 wzięliśmy do niewoli. Potem naładowaliśmy na wóz chłopski pełno pistoletów, pałaszy i muszkietów – koni zdobyliśmy 21. Z tą zdobyczą wracamy do obozu[3]
Mam oczywiście poważne wątpliwości co do tak wysokich strat rosyjskich, jak przedstawia Zakrzewski, niemniej opis ten pokazuje w jakimś stopniu jak działa psychika żołnierza w gorączce boju.
[1] Wiorsta = 1067 m
[2] Doniec – kozak doński, tutaj koń na jakim jeździli kozacy dońscy.
[3] P. W. Zakrzewski, Pamiętnik wielkopolskiego powstańca z 1863 roku, Poznań 1934, s.24-26.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Dwie relacje o zwycięstwie nad zbuntowanymi Kozakami pod Piątkiem w 1593 roku

Do starcia tego doszło w czasie pierwszej rebelii kozackiej w Polsce. Kozacy dowodzeni przez Krzysztofa Kosińskiego cofali się spod Ostropola przed maszerującymi z Konstantynowa siłami polskimi dowodzonymi przez wojewodę kijowskiego Konstantego kniazia Ostrogskiego. W końcu jednak zdecydowali się na stawienie oporu. Było to nasze pierwsze większe i od razu zwycięskie starcie z Kozakami.
Niestety nie za wiele o nim wiadomo. Najobszerniejszy znany mi i innym historykom opis dał współczesny wypadkom kronikarz Joachim Bielski:
Tegoż roku Kosiński, hetman Kozacki z Podlasia rodem, zebrawszy do pięciu tysięcy ludzi, czynił wielkie szkody na Podolu w majętnościach książęcia Ostrogskiego wojewody kijowskiego (...) Widząc tedy książę wojewoda kijowski, że ta swawola (która nie tylko jemu samemu ale wszystkiej Koronie za czasem wielkie niebezpieczeństwo mogła przynieść) inaczej pohamowana być nie mogła jedno mocą wszystką trzeba się jej było oprzeć: jął zbierać lud przeciwko jemu w Konstantynowie i gdzie indziej w Rusi, a książę Janusz, syn jego, dzisiejszy pan [kasztelan] krakowski w Polsce około Tarnowa i w Węgrzech.
A gdy już  z ludem ciągnęli, nie chciał ich w Ostropolu Kosiński (gdzie tam mieszkał) czekać, ale do Piątku, miasta drugiego książęcego ustąpił, jako na mijesce mocniejsze i bezpieczniejsze, i tam się okopał. A wszakże nie chcąc się tam dać oblec umyślił wyciągnąć w pole i dać bitwę;
przeto [Kosiński] część ludzi przed sobą wprzód wysłał; którzy by mu tabor na miejscu słusznym w polu postanowili. A to było w dzień Mariej Gromnic [Matki Bożej Gromnicznej-2 luty] tegoż roku pańskiego 1593 już po niektórych utarczkach, które przed tym miał wojewoda kijowski z nimi; na których się szczęściło Kosińskiemu. I przetoż ludzie jego [księcia] nie bardzo na ten czas nacierali na Kozaki: i owszem, poczęli im byli tył podawać. Aż gdy książę Janusz upomniawszy swe [ludzie], sam się przede wszystkimi wprzód potkał, dopiero się co żywo jęło suć i garnąć za nim: a naprzód kopijnicy kopiami uderzyli w nie [i] rozerwali je. co widząc oni drudzy, co już byli poczeli tył podawać, obrócili się znowu na nie. Zaczym ich na głowę porazili: tak iż mało ich co uszło, bo je w pogoni bili aż do samego miasta; i aż w bramę je wsiekli. Zginęło w tej potrzebie Kosińskiemu ludzi do trzech tysięcy. Dział mu też 26 wzięto i innej strzelby spolnej nie mało. Chorągwie niemal wszystkie potracił.
Przeto widząc, że o nim źle, bo go tam dobywać chciano, jął traktować. Także dnia 15 marc, puściwszy się na łaskę książęcia wyjechał z miasta i upadł u nóg książęciu, a prosił aby mu to wszystko odpuścić. I zgodzili się tym sposobem ...
Jak widzimy odwaga jednego z dowódców i użycie husarii miało decydujące znaczenie przy odniesieniu sukcesu.
Niewiele do tego wnosi relacja wójta z Wiśniowca, który w liście do Mikołaja Żółkiewskiego stwierdził, że:
Kozaków w bitwie tey która była za Cudnowem pod Piątkiem, zginęło więcej dwu tysięcy, a p. wojewody kijowskiego nie zginęło ludzi i dziesiątka człowieka, na co oczyma swemi słudzy pana mego patrzali, a strony trupa tak powiedzieli, a zwłaszcza ci, którzy w potrzebach bywali, że i pod Byczyną, w tak znacznej potrzebie połowicy trupa takiego nie było jako tam(2).
(1) Joachima Bielskiego dalszy ciąg kroniki polskiej zawierającej dzieje od 1587 do 1598 r., Warszawa 1851, s.188-189.
(2) Listy Stanisława Żółkiewskiego 1584-1620, Kraków 1868, s.26.

Dwie relacje o zwycięstwie pod Międzybożem w kwietniu 1649 roku



Do jednej z bitew pod Międzybożem na Podolu doszło w trakcie rozejmu polsko-kozackiego podczas buntu Chmielnickiego, w kwietniu 1648 roku. Kozacy podeszli pod miasto obsadzone przez siły polskie i zostali doszczętnie rozbici.
Wydarzenia te opisują najdokładniej, choć nie dość dokładnie jak dla mnie, dwa teksty źródłowe.
Pierwszą relacją jest fragment poematu z którego dowiadujemy się, że Kozacy:
Pod Międzybóż przyszedłszy/ gdzie był w ten czas męski
Stanął pułk Sieniawskiego: który właśniesz iego
Porucznika starszym znał/ Niezabitowskiego.
Z Gdeszyńskim młodszym; dziesięć mężnego Rycerstwa
Chorągwi tylko: którym/drogę do zwycięstwa
Dzielność prędszą podała, kiedy nie liczyli
Mnogości, a z niey na plac siedm tysiąc złożyli
Uciekaiąc zaś drudzy/ zchybiwszy przeprawy
Większey z śmierci topioney dostali niesławy[1].
Wiersz moim zdaniem kiepski ale informacje interesujące. Z kolei drugą relację znajdujemy w XVII-wiecznym kopiariuszu dokumentów:
Dnia wczorajszego przyszła tu[2] wiadomość, że znowu za zdarzeniem Bożym y fortuną zdarzył P. Bóg potrzebę naszym przeciwko temusz Chłopstwu, którego nastąpiło 7 Tysięcy. Naszych było 15 Chorągwi. P. Marek Gdesz[y]ński nie chciał czekać dalszych posiłków, resolvat się z P. N. Porucznikiem J.Mci P. Sieniawskiego na nich nastąpić z ludźmi JMP Sieniawskiego i pilną realną dali sobie bitwę, padło trupem Cztery tysiące chłopów, chorągwie nasze dla srogiego głodu na zad się wracaią, który panuie w Podolu y na Ukrainie[3].
Oczywiście panem N. był Aleksander Ludwik Niezabitowski, porucznik chorągwi husarskiej starosty lwowskiego Adama Hieronima Sieniawskiego.




[1] Katafalk Rycerski Wielmoznemu Jego Mośći Panu Mikołaiowi z Dambrowice Firleiowi Staroscicowi Trembowelskiemu, Rotmistrzowi I. K. M, s.132-133.
[2] Czyli do Warszawy, jak wynika z tytułu dokumentu.
[3] Nowiny z Warsawi de 1 May, Archiwum Państwowe w Gdańsku: 300,R/Ee,32, s.664-665.


sobota, 6 czerwca 2015

Zaradni kursorzy

Czytając rękopiśmienną księgę Marcina Golińskiego (1) natrafiłem na wzmianki przypominające mi niezwykłe losy dzielnych bohaterów książek Karola Maja, którzy nagminnie uchodzili z niewoli. Historie te jednak różnią się od tamtych tym, że wydarzyły się naprawdę. Niestety nie podają one szczegółów uwolnienia się posłańców.
Zacznijmy od tego, że 26 października, po nieudanym oblężeniu i wzięciu okupu, wojska kozackie z posiłkami tatarskimi odstąpiły od Lwowa i poszły na Zamość. W okolicy, w odległości dwóch mil (blisko 15 km) została jednak część wojsk nieprzyjacielskich, więc w praktyce miasto wciąż znajdowało się w oblężeniu.
Jak donosił ze Lwowa, listem z 3 listopada, Samuel Kuszewicz:
Mamy wiadomość, że w tych dniach Kursor Krakowski wpadł nad samym Lwowem w ręce Nieprzyiacielskie, z których potym uszedł y do Krakowa wrócił się.
 Kolejny posłaniec zdołał się jednak przedostać - wg tejże relacji:
Przyszedł w tych dniach z Krakowa Kursor od Paniey Robertowey do samego Pana posłany.
 Najtrudniejszą podróż miał kolejny posłaniec. Jak pisał dalej Kuszewicz:
Teraz gdy piszę przyszedł ipso momento Cursor z Warszawy, bez Listów, uciek[ł]szy z rąk Nieprzyiacielskich kilka razy na drodze będąc poimany.
Wreszcie kursor wyprawiony ze wspomnianym listem Kuszewicza musiał się przebić, skoro odpis jego listu trafił do księgi Golińskiego, który był rajcą kazimierzowskim (2).

(1) Zakład Narodowy im. Ossolińskich, rkps II 189, s. 162 - 166.
(2) Kazimierz - obecnie dzielnica Krakowa, niegdyś osobne miasto pod Krakowem.

Szybkość poczty w XVII w., cz. 2

26 maja 1648 roku doszło pod Korsuniem do bitwy, zakończonej w południe(1). Jej rezultat znany był w Łowiczu najpóźniej  5 czerwca, kiedy to krótki, informujący o niej, uniwersał napisał stamtąd prymas Maciej Łubieński (2). Podał przy tym taką informację:
Wziąwszy tej godziny żałosną i nieszczęsną nowinę o zniesieniu Wojska IchMść. PP. Hetmanów 26 May przez pogaństwo z Kozakami złączone ...
Z powyższych słów zdaje się wynikać, że prymas pisał to natychmiast po otrzymaniu informacji. Z Korsunia do Łowicza jest po drogach przez Białą Cerkiew, Żytomierz, Łuck, Lublin i Warszawę ok. 970-975 km. Oznacza to, że wieść o bitwie przebyła tę drogę w 9,5 (jeśli przyszła do Łowicza tuż po północy 4 na 5 czerwca) do 10,5 doby (jeśli przyszła tuż przed północą 5 na 6), co oznacza, że przebywała ok. 93-102 km na dobę.

(1) Tak przynajmniej donosił dragan-niedobitek, który stamtąd uszedł. Zobacz: Relacje wojenne z pierwszych lat walk polsko-kozackich powstania Bohdana Chmielnickiego okresu "Ogniem i mieczem", Warszawa 1999, s.120-122. Inne relacje mówiły o późniejszym zakończeniu bitwy ale nie ma tu miejsca na rozważania w tym względzie.
(2) Biblioteka Uniwersytetu Wrocławskiego, sygn. 1949/440, k.229v.

wtorek, 2 czerwca 2015

Zakupy bardziej niebezpieczne niż szturm

Gdy oblężenie Zbaraża (10 lipca-25 sierpnia 1649 roku) dobiegało końca obrońcom brakowało jedzenia. Po ustaniu walk ale jeszcze w trakcie pertraktacji udali się zatem na targi do obozu nieprzyjacielskiego:
Die 23 augusti (w poniedziałek), wigilia świętego Bartłomieja Apostoła. My już in pace [w pokoju] kupujemy u Kozaków żywność i konie. Dzień pogodny, znajomi znajomych częstują gorzałką, chlebem, jabłkami. Hałasy jednak za zrywaniem czapek u naszych. Orda siła nieostrożnych zabrała; Kozacy też siła odarli, kto się mieszał między nich, nie mając znajomości. Noc w ostrożności, pogodna i spokojna (1).
Oczywiście dowództwo próbowało zapobiedz niebezpieczeństwu i 24 sierpnia:
zakazano puszczać naszych na Targi (2).
Niewiele to jednak pomogło i:
Die 24 augusti (we wtorek). Dzień świętego Barłomieja Apostoła pogodny. Kupujemy żywność, konie i bydło u Kozaków. Noc jednak w ostrożności (3).
Tegoż dnia:
Pan bełski [Andrzej Frilej] dwóch kazał rozstrzelać, iż poszli za wycieczki i za wały w jawne niebezpieczeństwo, tam gdzie do 200 wzięto w więzienie, a otrąbiono pod gardłem [by nie wychodzić] ale nie przyszło do effectu (4).
Co ciekawe straty w czasie targów były większe niż poniesione w czasie jednego z najgroźniejszych ataków kozackich, jaki nastapił 30 lipca w trakcie przenosin za nowe wały kiedy to:
siła naszych zabitych, więcej postrzelonych, pod sto wszys[t]kich (5).
Najpradopodobniej nawet w szturmie generalnym 13 lipca straty polskie były mniejsze od poniesionych na zakupach, gdyż poległo w jego trakcie jedynie kilkanaście towarzystwa. Wiedząc, że 30 lipca straty towarzystwa w zabitych i rannych wyniosły 30 osób przy 100 zabitych i rannych ogółem (6) możemy przypuszczać, że i 13 lipca straty obrońców wynosiły około 100 lub więcej osób, w każdym razie najprawdopodobniej mniej niż 200.

(1) Akta Anni 1649 pod Zbarażem Nowym albo raczej diariusz..., w: Relacje wojenne z pierwszych lat walk polsko-kozackich powstania Bochdana Chmielnickiego okresu "Ogniem i mieczem" (1648-1651), Warszawa 1999, s.161.
(2) Diariusz rzeczy w Woysku naszym ad Decima octava Juny, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, rkps II 9538, s.19.
(3) Akta Anni 1649 ..., s.161.
(4) Diariusz rzeczy..., s.20.
(5) Diariusz rzeczy, s.9-10.
(6) M. Rogowicz, Bitwa pod Zbarażem 1649, Oświęcim 2013, s.118, 129.

poniedziałek, 25 maja 2015

Uskrzydlony kozak

Osoby, które interesują się historią wojskowości polskiej wiedzą o używaniu skrzydeł przez husarzy. Być może niektórzy też widzieli obraz przedstawiający jeźdźca tatarskiego z takową ozdobą. Jednak mało kto wie, że i nasza jazda lekkozbrojna, zwana kozakami (1), a później pancernymi, mogła mieć skrzydła.
Wertując, na prośbę kolegi, księgę van Boota (1) znalazłem poniższy obrazek:






Po uzbrojeniu wydaje się, że przedstawia on kozaka, ewentualnie lisowczyka.

(1) Nie mylić z buntowniczymi Kozakami zaporoskimi !

(2) Iournael, Vende Legatie, gedaen inde Iaren 1627. en 1628. ... .

Przyczyny klęski korsuńskiej w 1648 roku

Dziś wpis rocznicowy.
W dniach 25-26 maja 1648 roku doszło do bitwy pod Korsuniem w wyniku której armia koronna została doszczętnie rozbita. Niestety w swej książce na ten temat Biernacki (1) tylko częściowo zacytował zdanie Adama Hieronima Sieniawskiego, który dowodząc tam pułkiem został wzięty do niewoli. Wkrótce został z niej wypuszczony w zamian za obietnicę okupu i znalazł się we Lwowie, gdzie spotkał się m. in. z podczaszym koronnym Mikołajem Ostrorogiem, który w swym liście przytoczył opinię Sieniawskiego na temat przyczyn tragedii.
Myślę, że warto podać ją w całości, gdyż daje analizę możliwości obrony i bardzo dobitnie akcentuje przyczyny pogromu (2):

to poszło za złą radą i małem Sercem Jego Mości Pana krakowskiego [czyli kasztelana krakowskiego Mikołaja Potockiego], który gdy by był serca nie tracił, a trwał na dobrym miejscu, kędy się byli okopali, i mieli munitią Woienną, także żywność na dwa albo na trzy miesiące, mogli się bronić i wstręt nieprzyjacielowi uczynić, a to osobliwie musieli by byli Tatarzy ustąpić z pola. Ale Jego Mość Pan krakowski nie chciał słuchać rady Starego Żołnierza ale osób nie wiadomych, ustąpił z tego miejsca na gorsze tylko Taborem się okrywszy. W lesie jednym na błotach (kędy nieprzyjaciel wyciął sztukę tego lasu), a poniektórych rowach nakładł [wróg] chruściny, któredy było trudno uchodzić, zwłaszcza konnemu, którzy tak byli ściśnieni, owo zgoła nieśmiałość Pana Hetmana i drugim Serce straciła choć z dobrym i świadomym żołnierzem, których także zabrono sine ulla resistentia [bez najmniejszego oporu], wszystkich prawie pieszych, gdyż nie mogli dla tej przyczyny koni używać”.
Jak widać to nie sposób w jaki przeprowadzono odwrót ale sama decyzja o jego podjęciu była przyczyną klęski. Warto w tym kontekście dodać, że Mikołaj Potocki w młodości brał udział w odrocie w taborze spod Cecory w 1620 roku. Tam Polacy, przebijając się z powodzeniem przez wojska tatarskie, wycofywali się z Mołdawi w kierunku granicy polskiej. Dopiero już nad granicą polską, w wyniku tumultu w samym taborze, doszło do pogromu sił koronnych. Być może hetman sądził, że i jemu uda się wyprowadzić w ten sposób tabor spod Korsunia. Zupełnie przy tym jednak nie uwzględnił różnicy w składzie wojsk wroga spod Cecory i spod Korsunia. O ile pod Cecorą gros sił przeciwnika stanowiła jazda tatarska, a piechota była najpradopodobniej jedynie w nielicznym wojsku tureckim, gdzie mogła stanowić 1000 ludzi, to pod Korsuniem oprócz licznej jazdy tatarskiej była także liczna piechota kozacka i to nieźle uzbrojona, gdyż jej gros (6000) stanowili regestrowi, którzy przeszli na stronę Chmielnickiego.

(1) W. Biernacki, Żółte Wody-Korsuń 1648, Warszawa 2004, s. 187: "nie chciał [hetman] słuchać rady starego żołnierza, ale osób niewiadomych".
(2) Archiwum Państwowe w Gdańsku, sygn. 300 R, Ee 32, s.278, Od Jeo. Mci Pana Podczaszego koronnego ze Lwowa de data 17 Juny 1648 do Jeo. Msci Pana kanclerza koronnego. Cytat redagowałem.

wtorek, 19 maja 2015

O wielkości taboru polskiego pod Grunwaldem


Tytułowym problemem zajmowało się wielu historyków. Jednym z najbardziej uznanych i zajmujących się tą problematyką był Andrzej Nadolski. W swej podstawowej pracy na ten temat (Grunwald. Problemy wybrane, Olsztyn 1990) na stronie 71 sprzeciwił się starszym koncepcjom polskich historyków dotyczących szacowania liczby wozów polskiego taboru (T. Nowak, Z. Spieralski-8000, O. Laskowski-9000 lub 11000, S.M.Kuczyński-10500) uważając podane liczby za poważnie przesadzone. Sam Nadolski szacował, że na jeden wóz przypadało około 5-6 kombatantów co przy przyjętych przez niego 20 000 żołnierzy polskich dałoby około 3300 do 4000 wozów (do tego trzeba by doliczyć wozy szacowanych na 10 000 wojsk litewskich ale nie zauważyłem, by Nadolski zajął się tym problemem).

Przywołane jednak przez niego argumenty są nie do obrony.

Pierwszy (robienie analogii między wyprawą morską, a lądową) wydaje się, i słusznie, wątpliwym samemu Nadolskiemu: Przypomnijmy tu analogię krzyżacką, znaną z wyprawy gotlandzkiej , gdzie jeden wóz przypadał na 15 ludzi, a więc na pewno mniej niż jedną kopię. Proporcja ta mogła być wprawdzie spowodowana przez szczególny, amfibijny charakter wyprawy(s.71).

Drugi dotyczy stoczonej 44 lata później bitwy pod Chojnicami. Powołując, się na pracę Mariana Biskupa[1]Nadolski próbuje udowodnić, że niekoniecznie każda lub prawie każda kopia rycerska miała własny wóz. Twierdzi więc, że ogólną liczebność wojsk polskich zaangażowanych w chojnickiej bitwie określa się ze znacznym prawdopodobieństwem na ok. 16 000, bez czeladzi obozowej, co odpowiadałoby ok. 5000 kopii, jeśli podobnie jak to czyni większość zaangażowanych autorów, przyjmiemy jako przeciętną, kopię złożoną z 3 kombatantów. Problem jednak w tym, że w innych miejscach pracy sam Nadolski przyjmuje kopię jako jednostkę organizacyjną jazdy. Tymczasem jazda polska pod Chojnicami szacowana była w źródłach także znacznie mniej niż na 16 000, bo odpowiednio na 11 000 (i 18 000 pieszych, licząc zapewne oprócz pieszych żołdaków także służbę obozową) przez M. von Kokritza (wroga !) i 12 000 przez Lindau’a[2] co dawałoby około 3500 do 4000 3-osobowych kopii. Jeśli więc przyjmiemy, że Długosz podał prawidłową liczbę wozów polskich (4000)[3] to okaże się, że oprócz kilkuset wozów dla pieszych i artylerii znajdziemy 1 wóz na jedną kopię, ewentualnie garstkę mniej. Tymczasem Nadolski przyjął dla swych obliczeń, że to dane krzyżackie były bardziej wiarygodne co do liczby (2000-3000) polskich wozów (s.71). Jest to jednak wątpliwe wobec faktu, że pod osłoną ciemności część wozów zdołano wycofać[4]. Mogło być zatem tak, że te 3000 wozów podane przez Kokritza[5], to te które Krzyżacy zdołali zdobyć. Tak więc, mając do dyspozycji liczby 11-12 000 lub 16 000 polskiej jazdy i 2000, 3000 lub 4000 wozów Nadolski wybrał najwyższe liczby jeźdźców (16 000) i środkową liczbę wozów (3000). Wyraźnie jest to pisanie pod tezę. Z powyższego rozważania wynikałby raczej rachunek 1 wóz na 3 konnych albo najkorzystniej dla zwolenników ograniczenia liczby wozów za samym Kokritzem 3000 wozów na 11000 konnych lub za Długoszem 4000 wozów na podane w innych relacjach 16000 konnych co daje maksymalnie 4 konnych na 1 wóz.

Trzeci argument wydaje się najmocniejszy, jest to liczba 200 wozów w taborze krzyżackim pod Święcinem przypadająca na 1000 jeźdźców krzyżackich (s.71) powtórzona oczywiście za Biskupem[6]. Nie można jednak wykluczyć, że dowódca krzyżacki, wobec lesistego terenu, który musiał utrudniać marsz wozów, wziął jedynie ich część, zwłaszcza, że jak podaje Długosz, śpieszył się, zanim Duninowi nadejdą posiłki[7].Dzielenie lub zmniejszanie taboru było niekiedy praktykowane o czym świadczą lepiej mi znane przykłady XVII-wieczne. Chociażby pod Korsuniem w 1648 roku wobec planowanego odwrotu ograniczono tabor do 26 wozów na chorągiew 100-konną, 18 na 60-konną i 15 na 50-konną.

Czwarty argument to podana przez Zdzisława Spieralskiego liczba wozów w wojsku polskim pod Obertynem (s. 71-72). Powołał się tutaj Nadolski na dwie pozycje Spieralskiego (Kampania obertyńska 1531 roku, Warszawa 1962; Jan Tarnowski, Warszawa 1977, s.151, 159) w przypadku pierwszej nie podając konkretnej strony. W tej drugiej jednak na stronie 159 znajduje się przypis nr 48, który prowadzi jedynie do tej pierwszej pracy na strony 144-147 i 268-269. Szacunek liczby wozów przedstawiony jest tam na stronie 146: Odrzuciwszy więc liczbę 800 wozów[8], stajemy ponownie przed pytaniem, ile w rzeczywistości mogło ich być. Odpowiedź na to pytanie dał sam Tarnowski, który pisał, że „dwiema sty, a najwięcej trzema sty wozów wielki poczet ludzi zakryje, a zawsze i pieszych i jezdnych”. Ustalamy więc na tej podstawie, że w armii polskiej pod Obertynem było około 300 wozów. Problem polega jednak na tym, że przywołany cytat Tarnowskiego z Consilium rationis bellicae (k.4) to rada wojenna, a nie stwierdzenie dotyczące liczby wozów pod Obertynem. Zresztą czyż wielki poczet można utożsamiać z całą armią ? W każdym razie widać, że tutaj Nadolski wziął za dobrą monetę liczbę wziętą z sufitu przez Spieralskiego.

Piąty argument jest tak zabawny, że nie zamierzam go komentować, przytoczę jedynie jako ciekawostkę (s.72): w roku 1939 polska dywizja piechoty na stopie wojennej licząca okrągło 16500 ludzi (dokładnie 16492) posiadała 2600 (dokładnie 2625) wszelkiego typu pojazdów o trakcji konnej, od dział i jaszczy artyleryjskich, poprzez wozy taborowe, aż po jednokonne biedki. Z przeliczenia wynika, że na 1 pojazd przypada w tym wypadku ok. 6 (dokładnie nieco ponad 6,3) kombatantów.

Jak widać szacunek liczby wozów, przyjęty przez Nadolskiego, należy odrzucić. To z kolei ma pewne konsewkncje np. przy ustalaniu marszruty sił polskich. Ale o tym innym razem ... 


[1] M. Biskup, Trzynastoletnia wojna z Zakonem Krzyżackim 1454-1466, Warszawa 1967, s.254, 255, 266.
[2] Ibidem, s.254, przyp. 85, 87.        
[3] Ibidem, s.255.
[4] Ibidem, s.265.
[5] Ibidem, s.255, przyp.95, s.265.
[6] Ibidem, s.624, 626.
[7] Wypisy źródłowe do historii polskiej sztuki wojennej, zeszyt 4, Warszawa 1958, s.47.
[8] Na podstawie liczby wozów towarzyszącej nieznanej jakości wojsku husyckiemu wydało się Spieralskiemu, że znaczna liczba z 670 pocztów konnych i 143 pocztów pieszych nie mogła mieć wozów: Spieralski, Kampania …, s.146. Tymczasem wojsko husyckie, złożone głównie z piechoty, powinno mieć znacznie mniej wozów niż armia rycerska.

niedziela, 17 maja 2015

W samo południe pana Skrzetuskiego przewaga

Słynny Mikołaj Skrzetuski, po wydostaniu się ze zbaraskiego oblężenia w 1649 roku, nie zasypywał bynajmniej gruszek w popiele. W materiałach dotyczących wydarzeń z roku 1651 (sprzed bitwy beresteckiej) znjdujemy ciekawą wzmiankę powstałą w taborze wojska koronnego (1):
Języka  wiozą dobrego, to jest piąci kozaków w Sasowie przez owego pana Skrzetuskiego wziętych, co ze Zbaraża do nas przybył, którzy zeznali, że wczora, to jest w wigilią świąteczną Chmiel był we Złoczowie mil 10 od nas, a wprzód wyprawił 2 tysiący tatarów, a kozaków tysiąc, na odłączenie koni naszym i kazał iść [im] na Gliniany i Żółkiew, w tył nam zachodzić, na rozgromienie tych co się ściągają do obozu. Bieda temu co nie rychło chodzi. Król jegomość dziś w nocy posłał przeciwko nim tysiąc człeka, i znowu w posiłku za nimi pięćset. Nadzieja w Bogu, że nie nada się im impreza nam bardzo szkodliwa. Tak ostrożnie [wróg] idzie, że i języka nie dają sobie brać, w takiej srogiej kupie, dziewięciu naszych podjazdów nic nie sprawiło, ledwie Skrzetuski z wołoszą województwa Kijowskiego, tego się języka z wielką odwagą,w południe samo wpadłszy, dostał.
(1) Copia listu z obozu die 29 maii (1651), w: Dżereła z istorii nacionalno-wizwolnoj wijny ukraińskogo narodu, t. II (1650-1651 gg.), Kijów 2013, s.163.

poniedziałek, 11 maja 2015

Wojsko kwarciane po klęsce korsuńskiej w 1648 roku, cz.1




Wkrótce po rozgromieniu wojska koronnego pod Korsuniem (26 maja 1648 r.), na początku czerwca, we Lwowie szacowano ilość niedobitków na 1500 ludzi, niestety nie samych żołnierzy ale również woźniców i innych służących. Wobec sukcesów buntowników konieczna stała się zatem szybka organizacja tych niedobitków i zaciągnięcie nowego wojska. Przebywający wówczas we Lwowie pisarz polny koronny Andrzej Koniecpolski wydał uniwersał w którym nakazywał zbiórkę niedobitków pod Glinianami (1).
W efekcie zaciągnięto spośród nich 200-konną chorągiew husarską, której za czas od 1 lipca do 1 października przyznano 13 000 florenów żołdu. Jej dowódcą został Konstanty Kłobukowski. Rota ta wzięła udział w bitwie pod Piławcami (2).
Oprócz tego sam pisarz polny zdołał odtworzyć swoją kompanię dragańską (100 koni) rozbitą nad Żółtymi Wodami i pod Korsuniem. Wraz z nią i księciem Dominikiem wyruszył spod Glinian i wziął udział w wyprawie piławieckiej (3).

(1) Biblioteka Polskiej Akademi Nauk w Krakowie, rkps 367, k.325v-326, Jędrzej Koniecpolski, pisarz polny koronny, do niewiadomego, b.m.d.; Archiwum Państwowe w Gdańsku, sygn. 300 R, Ee 32, s.246, podczaszy koronny Mikołaj Ostroróg do kanclerza koronnego Jerzego Ossolińskiego, Lwów (?) 4 VI 1648.
(2) Biblioteka Uniwersytetu Wrocławskiego, rkps 1949, 440, k.432, Liqvidatia Woisk Rzptej na Commissiey Lubel. 1650; relacja księcia Zasławskiego o bitwie piławieckiej, pisana do senatorów w końcu września 1648 r., w: Dokumenty ob oswoboditielnoj wojnie ukraińskogo naroda (1648-1654 gg.), Kijów 1965, s.143.
(3) APG 300 R, Ee 32, s.406, Copia listu z Obozu z pod Sassowa. 29.na Augusti; Diariusz obozowy od 1 do 13 września 1648 roku, w: Relacje wojenne z pierwszych lat walk polsko-kozackich powstania Bohdana Chmielnickiego okresu "Ogniem i mieczem" (1648-1651), Warszawa 1999, s.127.






poniedziałek, 4 maja 2015

Szybkość poczty w XVII w., cześć 1.

Aby zrozumieć niektóre wydarzenia historyczne warto wiedzieć jak szybko kurierzy docierali z listami do adresata. Wiesław Majewski w jednym z artykułów (1) podaje, że 146 km to 3 dni drogi gońca.
Czy istotnie kurierzy w połowie XVII w. podróżowali tak wolno (prawie 50 km na dobę) ? Znane mi dokumenty stanowczo temu przeczą.
Z dnia 16 czerwca 1648 r. pochodzi,  pisany z Huszczy na Wołyniu, list wojewody bracławskiego Adama Kiesiela do prymasa Macieja Łubieńskiego (2), natomiast odpowiedź nań datowana jest z Warszawy 24 czerwca (3).
Odległość z Huszczy do Warszawy to po obecnych drogach przez Równe, Łuck,  Kowel, Chełm, Piaski, Lublin i Garwolin 514 kilometrów (tak wychodzi na google map). Odległość po drogach XVII-wiecznych była zapewne podobna.
Nawet zakładając, że list Kisiela wysłany był 16 czerwca rano, a odpowiedź 24 czerwca wieczorem, okazuje się, że w 9 dni list przebywał średnio po 57 km/dobę.
Jednak równie dobrze list mógł być wysłany 17go rano , a odebrany jeszcze 23 czerwca wieczorem. To zwiększy szybkość transoportu listu do 73 km/dobę. Nie mamy oczywiście pewności czy list nie został odebrany jeszcze szybciej przed napisaniem odpowiedzi.
Korespondencja króla Jana Kazimierza z Andrzejem Firlejem w roku 1649, tuż przed oblężeniem Zbaraża, zdaje się świadczyć, że kurierzy dostarczali listy jeszcze szybciej
Otóż z listu króla do Firleja (bez daty) wynika, że odebrał w Lublinie list Firleja datowany 28 czerwca z Czohańskiego Kamienia (4). Na ten list królewski Firlej odpowiedział 7 lipca ze Zbaraża (5).
Z Czołhańskiego Kamienia (obecnie Teofipol) do Lublina przez Krzemieniec, Horochów, Uściług, Hrubieszów i Krasnystaw mamy 373 km, natomiast z Lublina do Zbaraża przez Krasnystaw, Sokal, Brody i Załoźce 352 km. To oznacza, że w maksymalnie 10 dni kurierzy przebyli z listami w tę i nazad 725 km, co daje minimalną prędkość kuriera rzędu 72,5 km/dobę.


(1) W. Majewski, Jeremi Wiśniowiecki w czerwcu-lipcu 1648 r.-część 1, "Rocznik przemyski", t. XLIII: 2007, zeszyt 1, Historia wojskowości.
(2) Kopia tego dokumentu m. in.: Zakład Narodowy im. Ossolińskich, rkps II 225, k.63v-64.
(3) Tamże, k.64.
(4) Archiv Yugo-Zapadnoj Rossii, Kijów 1914, część 3, tom IV, s. 284-285.
(5) Ambroży Grabowski: Ojczyste spominki w pismach do dziejów dawnej Polski, Kraków 1845, tom II, s. 56-57.