Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powstanie styczniowe 1863. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powstanie styczniowe 1863. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 lutego 2016

Garść uwag o kampani Mariana Langiewicza w 1863 roku



Jest to minirecenzja książki Wojciecha Kalwata, Kampania Langiewicza 1863, Warszawa 2012.
Niniejsza praca, wydana przez Bellonę w popularno-naukowej serii Historyczne Bitwy, składa się ze wstępu, 9 rozdziałów, zakończenia, bibliografii, wykazu map i wykazu ilustracji.
Rozdział I omawia wydarzenia przedpowstańcze takie jak manifestacje w Warszawie i na terenie guberni radomskiej, ogólne plany powstańcze i przyczyny wyboru terminu wybuchu. Kalwat ma niewątpliwie rację gdy twierdzi, że „zima nie sprzyjała wojnie partyzanckiej. Las nie dawał należytego schronienia, a śnieg pomagał raczej Rosjanom niż insurgentom. Samo wystąpienie miało charakter improwizacji, a nie zaplanowanego z góry działania” (s. 19).
Rozdział II przedstawia już wybuch powstania. W podrozdziale pt. „Rozmieszczenie sił rosyjskich” zamiast ogólnikowych danych (s. 34-35) lepszy byłby dokładny wykaz sił rosyjskich z podziałem na garnizony jaki autor mógł przepisać ze znanej sobie pracy S. Gesketa (Wojenne diejstwa 1863 godu, Warszawa 1894). Nie wiem skąd pomysł, że Marian Langiewicz, jako naczelnik województwa sandomierskiego, „przeciwko 12 tys. Rosjan i czterem bateriom artylerii, rozlokowanym w 20 garnizonach, mógł przeciwstawić zaledwie 1,5-2 tys. spiskowców” (s. 39), zwłaszcza, że kilka stron wcześniej Kalwat szacuje siły rosyjskie w całej guberni radomskiej obejmującej także woj. krakowskie  na 14,5 tys. żołnierzy (s. 35) co zresztą jest przesadą (Gesket podaje 11,5 tys.). W województwie sandomierskim było faktycznie 20 garnizonów ale obsadzonych przez znacznie mniejsze siły niż 12 tys. żołnierzy.
Rozdział III opisuje organizację i rozbicie obozu polskiego pod Wąchockiem. Nieporozumieniem jest nazwanie koncentracji rosyjskiej po nocy styczniowej sukcesem powstańczym (s. 53). Należałoby ten krok przeciwnika rozpatrywać raczej jako odbierający powstańcom jakiekolwiek szanse powodzenia, gdyż mniejsze garnizony rosyjskie (w sile kompanii lub mniej) powstańcy byli w stanie zaatakować i w razie sukcesu zdobyć nieco broni, skoncentrowanym siłom zaszkodzić nie mogli. W tym miejscu brakuje w pracy także przedstawienia siły nowych rosyjskich garnizonów, jakie znów można znaleźć w przywołanej pracy Gesketa. Słabością pracy tu i dalej jest także brak podania dokładnego składu kolumn rosyjskich wysyłanych przeciw oddziałowi Langiewicza, w wielu przypadkach podanym przez Gesketa. Kalwat podaje jedynie ilość pododdziałów w kolumnach rosyjskich, jednak bez wyszczególnienia z jakich pułków itd (z wyjątkiem 2 kompanii pod Grochowiskami). Przy opisie walk w Suchedniowie 2 lutego zdumiewa stwierdzenie jakoby atakujący bagaże rosyjskie oddział Klimaszewskiego został przywitany „gęstym ogniem” (s. 67), skoro kilka wierszy wcześniej autor utrzymuje, że przy bagażach tych było zaledwie pół plutonu piechoty (a zatem ok. 50 ludzi). Nie przekonuje stwierdzenie, że „starcia o Wąchock pokazały niemały talent powstańczego wodza” (s. 72) skoro Rosjanie bez większego trudu pobili siły polskie.
Rozdział IV omawia losy oddziału Langiewicza od ucieczki spod Wąchocka do przybycia do Małogoszczy, a także opis klęski oddziałów powstańczych naczelnika krakowskiego – Apolinarego Kurowskiego pod Miechowem. Fantazją autora jest ręczny bój oddziału polskiego, który dokonał 11 II wypadu z klasztoru świętokrzyskiego. W istocie Rosjanie mieli się cofnąć bez walki zmyleni komendą polskiego dowódcy – kpt. Pióro. Także ocena walki jest nie do przyjęcia. Najpierw Kalwat twierdzi, że Polacy „skutecznie stawili opór”, by kilka linijek dalej opisać utratę „obozowiska oraz furgonu sztabowego z kasą, dokumentami” (s. 84) i rozbiegnięcie się po lesie części powstańczej gromady (s. 85). Wątpliwe jest przypuszczenie autora jakoby straty rosyjskie były podobne do polskich, z przewagi liczebnej, uzbrojenia i przebiegu walki (zdobycie obozu, rozproszenie części oddziału polskiego) wynika, że powinny być znacznie mniejsze. Bezpodstawne jest także stwierdzenie jakoby Rosjanie zaniżyli swe straty w walce o Miechów z oddziałami Kurowskiego. Przecież oddział powstańczy atakujący miasto został rozgromiony, a broniący się w zabudowaniach Rosjanie ruszyli po walce w pościg. W tej sytuacji jest do przyjęcia, że Rosjanie stracili tylko 7 zabitych i 32 rannych przy 400 zabitych i rannych powstańcach (s. 104).
Rozdział V przedstawia działania Langiewicza po połączeniu się z Jeziorańskim od klęski małogoskiej po założenie obozowiska w Goszczy. Co najmniej nieprzekonywujący jest opis zaciekłych walk o miasteczko Małogoszcz w czasie bitwy pod tą miejscowością 24 lutego (s. 116-117). Nie spotkałem się dotychczas z takowym opisem w źródłach dotyczących tej bitwy. Dalej autor niepotrzebnie podważa ocenę strat polskich autorstwa Langiewicza (120 zabitych i rannych). Co prawda jak podaje w przypisie za opracowaniem Cabana 5 marca w Małogoszczy pogrzebano 160 zabitych (s. 119) ale nie można zapominać o tym, że Rosjanie jeszcze podpalili zabudowania i przy okazji zmasakrowali mieszkańców miasta. Podobnie bezpodstawne jest podważanie 6 rannych po stronie rosyjskiej (s. 119-120). Takie straty u wroga wobec przebiegu walki są do przyjęcia, gdyż Rosjanie posiadający broń o większym zasięgu w starciu tym z daleka bezpiecznie ostrzeliwali stojące głównie w polu siły polskie, odparli też parę kontrataków ogniem z bliższej odległości. Ocena strat rosyjskich na 100 osób pokazuje, że autor jest w tych sprawach dyletantem. Nie można także, tak jak to czyni Kalwat (s. 131) negować strat rosyjskich w walkach pod Pieskową Skałą 4 marca (3 zabitych i 8 rannych). Bałamutna była jedynie rosyjska ocena strat polskich, podobnie zresztą jak ocena polska strat rosyjskich.
Rozdział VI opisuje obozowanie Langiewicza w Goszczy, przybywanie ochotników, bojowe użycie kosy, uzbrojenie, umundurowanie, organizację zgrupowania powstańczego, objęcie dyktatury przez Langiewicza.
Rozdział VII dotyczy dalszych marszów Langiewicza i bitwy chrobeskiej (17 III). Przy opisie tej walki brakuje wzmianki o szarży na wroga dwóch szwadronów polskiej jazdy, zatrzymanej przez błoto i odpartej ogniem, a także o stratach rosyjskich .
Rozdział VIII omawia bitwę pod Grochowiskami (18 III), odwrót do Wełcza, ucieczkę Langiewicza do Galicji i jego uwięzienie. Błędnie Kalwat nazywa 7mą kompanię smoleńskiego pułku piechoty strzelecką, w istocie była to rota liniowa. Nie podaje także informacji o stratach stron.
Rozdział IX omawia pobyt Langiewicza w więzieniu i wspomina walki ocalałego z rozsypki jego sił oddziału Czachowskiego.
Zastrzeżeń nie budzi dobór literatury.
Brakuje mapki ukazującej działania Langiewicza po wyjściu z Goszczy, a także pokazania na załączonej poruszeń oddziałów rosyjskich (s. 239). Z bitew na planach przedstawione są jedynie starcia pod Małogoszczą i Grochowiskami (s. 240-243), brakuje natomiast schematów pozostałych starć.
Podsumowując należy stwierdzić, że praca powinna zostać rozbudowana o dodatkowe mapki, plany, dokładniejsze opisy sił rosyjskich, strat stron, przebiegu walk. Autor powinien całkowicie zrewidować podejście do strat, zwłaszcza sił rosyjskich.

sobota, 2 stycznia 2016

Czarno to widzę

W urzędowym piśmie polskojęzycznym wydawanym w Warszawie "Dzienniku powszechnym" w numerze 286  z  3 (15) XII 1863 roku znajdujemy na stronie 1 pod tytułem "Z prowincji" następującą zapiskę:
- Z Siennickiego. W gminie Piaseczno, po utarczce 23 października (4 listopada) (1) r. b. [roku bieżącego] nastąpionej, między trzema poległymi powstańcami znaleziono jednego murzyna (?) niewiadomego pochodzenia.
Nie wiem czemu po słowie "murzyna" redaktor umieścił znak zapytania, nie wiem też czy coś pisano o udziale murzyna lub murzynów w powstaniu styczniowym niemniej brzmi to interesująco.

(1) W nawisie data wg nowego stylu, w tekście wg kalendarza schizmatyckiego.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Walka jazdy z pieszymi w lesie, gęstym życie, pancerze pod odzieżą i połamane bagnety

Dnia 18 czerwca 1863 r. doszło pod Górami do walki złożonego z samej konnicy oddziału polskiego z czekającym nań w zasadzce oddziałem rosyjskim. Oddział polski mimo zaskoczenia odważył się na atak ale został zmuszony do ucieczki. Nie pisałbym więc o tym starciu gdyby nie interesujące aspekty tego starcia, jakie naświetla urzędowy raport rosyjski:

Dowódca 3ej kompanji strzelców Halickiego pułku piechoty, porucznik Pleskaczewski, wysłany ze Staszowa w powiat Stopnicki z powierzoną mu kompanją i 50 kozakami z 3 seciny Dońskiego pułku kozackiego Nr. 3, pod dowództwem esauły Bołdyrewa, przechodząc przez powiat Stopnicki otrzymał wiadomość, że w folwarku Góry w powiecie Miechowskim, oczekują przybycia jezdnych buntowników pod dowództwem Bogdana Bończy na d. 6 (18) czerwca z rana. Podszedłszy przed świtem pod ten folwark, wojska bezzwłocznie otoczyły go i przy rewizji zatrzymano kilku ludzi, którzy w nocy przybyli bryczkami; byli to jak się okazało, kwatermistrze bandy. Przekonawszy się w ten sposób, że ci „żandarmi wieszający”, rzeczywiście zamierzają wkrótce przybyć do wsi Gór, porucznik Pleskaczewski rozstawił w ukryciu całą kompanję w parku i schował kozaków w oddzielnym podwórzu, w zamiarze, aby wpuścić całą bandę na podwórze folwarku i dopiero wtedy uderzyć na nią. Na nieszczęście plan ten nie udał się; jeden buntownik, który jechał na 500 kroków przed bandą, wjechawszy na podwórze, dostrzegł zasadzkę i dał swoim znak; natenczas rozpoczął się ogień z ręcznej broni, i kozacy wyskoczywszy z zasadzki, szybko rzucili się za buntownikami, którzy uciekli do blisko leżącego lasu. Piechota wyskoczywszy z poza drzew, biegnąc rzuciła się za buntownikami do lasu. Uprzedzeni przez kozaków buntownicy zmieszali się w szyku, a śpiesznie przybyła piechota strzałami i bagnetem zaczęła ich razić. Po zaciętej walce ręcznej w lesie, buntownicy w rozsypce zaczęli uciekać. W czasie boju, który miał miejsce częścią w lesie, a częścią w gęstym życie, buntownicy ponieśli znaczną stratę; do 50 trupów pozostało na miejscu, ranionych około 100, w tej liczbie ciężko poraniony bagnetami i pikami przywódca bandy Bończa, który umarł na drugi dzień. Oprócz tego wzięto 8 wozów, 32 konie i wiele prochu, ładunków i broni. Banda ta składała się z dobrze uzbrojonych jeźdźców, po większej części z wyższego stanu; pod odzieżą mieli oni pancerze, co dowodzi 16 złamanych bagnetów i 12 przełamanych pik.
Strata z naszej strony bardzo mało znaczna: dwóch jest ciężko ranionych, dwóch lekko, a wielu szeregowców silnie jest potłuczonych przez konie, przy utarczce z kawalerją w lesie (1).
Oczywiście straty oddziału polskiego tradycyjnie zostały zawyżone. Trudno mi coś powiedzieć na temat tych pancerzy, bo znane mi relacje polskie nic o tym nie mówią.

(1) "Dziennik Powszechny", 26 VI 1863, s.1.

sobota, 11 lipca 2015

Nerwy na polu walki na przykładzie starcia pod Rychwałem w maju 1863 roku

Oglądając filmy można sobie wyobrazić wojnę jako jatkę, gdzie po każdym niemal cięciu pada trup, a każda niemal kula jest celna. Tak oczywiście nie było. Dowodzą tego chociażby wspomnienia uczestnika walk powstania styczniowego na terenie Wielkopolski w 1863 roku – Pawła Wyskoty Zakrzewskiego, który służył w oddziale Edmunda Taczanowskiego. Najciekawszy pod tym względem wydaje się jego opis potyczki pod Rychwałem, stoczonej na początku maja. Zakrzewski został wysłany spod Rychwału w celu rozpędzenia Moskali konwojujących 2 wozy do Konina i przyprowadzenia tych wozów do obozu. Mjr Strzelecki, szef sztabu Taczanowskiego nakazał mu wziąć pluton kawalerii (25 koni) ale Zakrzewski wolał zebrać 15 ochotników z całego szwadronu (100 koni). Większość chętnych stanowili ludzie z dowodzonego przez niego plutonu, a już w drodze idący kłusem podjazd dogonił major Jaraczewski. Oddajmy teraz glos Zakrzewskiemu:
Patrzę przez szkła i widzę, że na szosie stoi 20 par dragonów-błuszczą ich muszkiety. Krzyknę więc: formuj się, lecz nie pewny jestem co robić, bo wozów dostrzec nie mogę. Ale Jaraczewski, jak ich dojrzał, zaraz marsz marsz na nich. Nie było już nad czem się zastanawiać, komenderuję więc: naprzód pędem, marsz.
Było od Moskali z 200 kroków. Dali do nad ognia, a potem w nogi. Nam nic się nie stało, dojechaliśmy ich na pierwszej wiorście[1]. Syrokomla, ten co proporzec nosił, przyłączył się także do nas. Był oczywiście bez lancy i sztandaru. Ów chłopiec pierwszy wpadł na dragonów. Jak łupnie na odlew pierwszego z brzegu, tak mu zaraz czaszkę od twarzy oddzielił. Jaraczewski przewiercił cały oddział moskiewski, szukając dowódcy. Ale gdzie tam, nie dogonił go.
Jak moi chłopcy zmieszają się z dragonami (choć prócz mnie i Jaraczewskiego było ich, pod słowem honoru, tylko 13-tu), jak zaczną rąbać, tak Moskale broń rzucają – Debandada kompletna. Ja gonię wachmistrza, co siedział na szpakowatym dońcu[2]. Dojeżdżam go i spuściwszy pałasz na temblak, chcę dragona za kark schwycić. Ten puszczając szaszkę odwraca się i pali mi z pistoletu prawie w twarz. Aż mi proch wąsy osmalił. Tak powiedzieć mogę boć strzelał o 1 ½ metra. Rozgniewałem się. Chwyciwszy za pałasz, pchnę nim mojego wachmistrza. Spadł z konia – myślałem, że go na wylot przebiłem, bom był chłop silny. Ze wstydem jednak przyznać muszę, że sztychem tym nie przedziurawiłem ma nawet szynela. Zajadę drugiego co podle mnie jechał. Jak tnę z rozmachem przez bermycę, spadł – ale też mu czapki nie przeciąłem. Tak to jest w gorącym boju. Zdaje się człowiekowi, że jest w stanie byka ściąć, a tu czasem ledwieby muchę zabił. Było tego wszystkiego nie dłużej jak kilkanaście minut. Na śmierć spadło 5, ciężko rannych 6, a 15 wzięliśmy do niewoli. Potem naładowaliśmy na wóz chłopski pełno pistoletów, pałaszy i muszkietów – koni zdobyliśmy 21. Z tą zdobyczą wracamy do obozu[3]
Mam oczywiście poważne wątpliwości co do tak wysokich strat rosyjskich, jak przedstawia Zakrzewski, niemniej opis ten pokazuje w jakimś stopniu jak działa psychika żołnierza w gorączce boju.
[1] Wiorsta = 1067 m
[2] Doniec – kozak doński, tutaj koń na jakim jeździli kozacy dońscy.
[3] P. W. Zakrzewski, Pamiętnik wielkopolskiego powstańca z 1863 roku, Poznań 1934, s.24-26.